Beskidy z psem 2015: Czarny bór


„(…) Wszystko spada teraz na niego (Magellana): troski i kłopoty, porachunki i niebezpieczeństwo, ale zarazem najwyższe duchowe szczęście twórczej natury: odpowiedzialność przed samym sobą, aby spełnione zostało zadanie obrane za cel życia.”
Z książki pt. Magellan Stefana Zweig’a

Dzień XVIII: Zgrabny piecyk
Kilka godzin spędzonych w największym uzdrowisku w Polskich górach, Krynicy Zdrój, to godziny pełne dumy. Podziw budził szczególnie Brego. Z wypiętą piersią szliśmy przed siebie. Pierwszy punkt to poczta. Tam wysłałem obiecane kartki. Później zakupy i tłuste żeberka z ziemniakami i surówka w jadłodajni za 14 zł. Tego dnia do przejścia mieliśmy ok 16 km. Gdy doszliśmy do planowych Mochnaczek nie specjalnie starałem się znaleźć pole namiotowe. Przy zejściu do rzeki była ładna polana. Tego dnia nocowaliśmy na dziko. Wodę z rzeki przegotowałem na zgrabnym piecyku. Kilka płaskich kamieni na około ogniska, na górze menażka i po chwili woda była „pitna”.

Dzień XIX: Najcięższe podejście
Na szlak wyszedłem mniej więcej o 9. Czerwony szlak prowadzi na północny wschód, ja zdecydowałem sie pójść nieco inną drogą. Zielony szlak z Mochnaczki schodzi do Polsko – Słowackiej granicy. Tam znajduje sie jeden ze szczytów Korony Polskich Gór – Lackowa 997 m n.p.m. Na początku trasa, co prawdę pod gorę, ale nie była ciężka. Pośród chaszczy leśnych polan gęsto rosły kolczaste jeżyny. Ich czarne, słodkie owoce towarzyszyły mi przez cały Beskid Niski. W pewnym momencie szlak stał sie pionową ścianą. Mapa potwierdzała miejsce w którym się znajduje. Gęsto wyrysowane poziomice znajdowały sie na stokach słynnej Lackowej. To było najbardziej wyczerpujące i najcięższe podejście do tej pory podczas wyprawy. Szczyt tej wymagającej góry to… las. A wiec nici z pięknych zasłużonych widoków. Planowo chciałem dojść do bazy studenckiej SKPB Warszawa w Regietowie ale gdy, będąc jeszcze na grzbiecie wysokich gór, usłyszałem lekkie pomrukiwania burzy, zwątpiłem czy uda mi się tam dzisiaj dostać. Burzy w końcu nie było – ale da mi ona jeszcze nieźle popalić – doszedłem do celu.

Dzień XX: Burza
Po pożywnym śniadaniu, dalej czerwonym szlakiem na wschód. Mijaliśmy piękne lasy. Pełne zdrowych i wielkich buków, świerków, sosen i jesionów. Przy drodze znów rosło pełno kuszących jeżyn. Szedłem spokojnie. Niebo zachodziło ciemnymi chmurami. W oddali słychać złowrogi pomruk. Nagle zaczyna kropić… kropić coraz mocniej. Podbiegłem do ściętego konara, który stabilnie leżał na innym tworząc niewielkie schronienie. Tuż obok płynął niewielki potok. Ja niewiele myśląc zacząłem zakładać wodoodporny pokrowiec na plecak. Przykryty pokrowcem i położony na płasko na konarze plecak przeczekał całą burze. Ja razem z Brego schowaliśmy się pod konarem. Dodatkowo przykryłem nas przeciwdeszczową pałatką. Padało coraz mocniej. To był na razie deszcz. Najgorsze miało jeszcze nadejść. Gdy po ok 30 min przesłało padać zacząłem myśleć co robić. Wioska powinna być niedaleko… Może rozbić namiot… Kilka sekund ciszy i zerwał sie potężny wiatr. 30 m dalej runął z wielkim hukiem olbrzymi świerk łamiąc na swojej drodze wszystko co napotkał i ostatecznie wylądował w rzece. Wtedy zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Nadciągnęła długo zapowiadająca się burza. Wróciłem pod prowizoryczne ale bezpieczne schronienie. Usiadłem na sakwach z jedzeniem Brega na juz rozmokniętej, gliniastej ziemi. Deszcz zamienił się w ulewę. Pobliska droga w strumień. Ziemia pod nami zamieniła sie w kałuże. Niebo co chwila rozbłyskiwało. Nie było chwili przerwy między błyskiem a przerażającym hukiem grzmotu. Ja wpatrzony byłem w ziemie. Wziąłem Brega na kolana aby nie zamókł całkowicie. Pioruny waliły nad naszymi głowami a my dwie godziny siedzieliśmy skuleni pod kawałkiem plastiku. Po jakimś czasie strach miną. Nic więcej nie mogę zrobić – myślałem. Silny wiatr zabrał ciemne chmury dalej. W końcu mogłem wyjść z kałuży błota. Wiedzałem, że nie mogę tak od razu ruszyć dalej. Musze chwile odczekać. Wole zaczekać tu niż w lesie, na szlaku. Potrzebuje rozpalić ognisko aby wysuszyć nieco rzeczy i trochę sie ogrzać. Zbudowałem w międzyczasie skromny szałas z bali. Przykryłem go pałatką i miałem w razie czego suchy schron. Z nieba wciąż kropił deszczyk. Ognisko paliło sie zbyt słabo. Więcej było dymu niż ciepłego ognia. Po 1,5 h założyłem plecak i szybkim krokiem ruszyłem w kierunku Bacówki w Bartnem. 5 km po zamokniętych leśnych szlakach sforsowały wodoodporną membranę moich butów. Gdy dotarłem do schroniska na zewnątrz znów luną deszcz. Przetrwaliśmy. Tym razem noc spędziliśmy w bacówce „na podłodze”.

Dzień XXI: Szklana pogoda…
Już od rana zapowiadało sie na deszcz. Tego dnia szliśmy przez Magurski Park Narodowy. Przed deszczem zdążyliśmy dotrzeć do wiaty w samym środku Parku. Rozpadało sie naprawdę porządnie. Padało kilka godzin. Nie było mowy by wrócić na górski zamoknięty szlak. Na szczęście byliśmy w takim miejscu ze mieliśmy alternatywę. Do planowych Kątów mogłem dojść utwardzoną drogą, później asfaltem. Miałem wybór: nocować pod wiatą, albo iść jeszcze 10 km i rozbić namiot w Kątach, nad rzeką. Około 19 znalazłem dobre, dzikie miejsce nad Wisłokiem.

Dzień XXII: Ślimaki
Poranek był kiepski. Wilgoć i glizdowate, bezskorupne ślimaki otaczały mnie ze wszystkich stron. Ciężko było sie ze wszystkim pozbierać i dopiero ok 11:30 wyszedłem na szlak. Na szczęście miałem przed sobą krótki odcinek do Chyrowej. Po drodze okazało się ze szlak nie zgadza sie w 100% z moją mapą. Stwierdziłem, że pójdę jeszcze kawałek i znajdę ustronne miejsce w Nowej Wsi nad Jeziołką. Kilka kilometrów przed wioską, na zboczach Garbu (ok 500-600 m n.p.m.) znajduje się niezwykłe miejsce – Pustelnia św. Jana z Dukli. Piękny kościółek pod którym wypływa źródło lodowatej wody i magia miejsca, które Jan Paweł II określił mianem „skarbu” zauroczyła mnie . Stąd juz tylko parę minut do Nowej Wsi. Rozbiłem namiot na kamienistej plaży. Tuż przy rzece która wytworzyła w tym miejscu piękny przełom. To było dobre miejsce.

Dzień XXIII: Znudzenie
Bardzo późno wstaje. Coraz później wychodzę na szlak. Tego dnia dopiero ok 13 byłem gotów do wymarszu. Z jednej strony tęsknie za domem. Z drugiej marze o Syberii, Alasce, Kanadzie. Marze o wyprawach, które mnie niebawem czekają, a jednak będąc tutaj, będąc w podróży brakuje mi czagoś – kontaktu z bliskimi. Nie brakuje mi rozmów. Nie brakuje mi ludzi. Brakuje mi widoku domu i rodziny. Kolejna sprawa to przymus, w pewnym sensie, że trzeba znów sie pakować, zakładać plecak i iść… iść dalej według planu… bo przecież niedługo trzeba wrócić do miasta. Wrócić do szkoły i do pracy. Wrócić… Kąpiel w lodowatej rzece poprawia krążenie krwi, która przepycha złe myśli i można ruszać. Dotarłem do Iwonicz Zdrój bez trudu. Niestety nie znalazłem tam noclegu. Postanowiłem pójść dalej mimo późnej już godziny. W Rymanowie nad rzeką Tabor znalazłem dobre miejsce pomiędzy bukami na namiot.

Dzień XXIV: Łemkowie
Do kolejnego punktu miałem zaledwie 10 km. To niewiele. Ponadto droga w połowie była asfaltowa. Tutaj coraz więcej można znaleźć oznaczonych tablicami miejsc gdzie kiedyś żyli Łemkowie. Jest to grupa ludności, która zamieszkiwała szczególnie Beskid Sądecki oraz Niski. W latach 1944 – 47 następowały przesiedlenia które rozproszyły Łemków po m.in. Polsce i Ukrainie. Teraz wracają oni na te tereny. W górach można spotkać ślady ich dawnego życia. Ja natknąłem sie na takie w drodze do Rudawki Rymanowskiej. Zaraz przy drodze znajduje sie tablica upamiętniająca dawnie znajdującą sie tutaj wioskę Łemków – Tarnawkę. Prócz tablicy są tu dokładnie dwa groby. Jeden z nich księdza o nazwisku Beskid. Co ciekawe w sierpniu w 1953 roku (jeśli dobrze pamiętam) Tarnawkę odwiedził Karol Wojtyła wraz z grupą turystów. Wędrowali oni wtedy z Komańczy do Krynicy a jeden nocleg spędzili właśnie w Tarnawce.

Dzień XXV: Długa droga
Tym razem zdecydowałem się nieco zmodyfikować plan i zamiast dzielić odcinek z Rudawki do Komańczy na dwa, postanowiłem przejść cały na raz. Wyszło jakieś 33 – 34 km. Cała czas szlak prowadził lasem. Pogoda dopisywała. Nie było za ciepło. Momentami było nawet zimno. Z całej drogi najlepiej pamiętam dwie chwile. Pierwsza gdy spotkałem na szlaku faceta z kijkami, w lekkich butach i z zapasem mnóstwa ciekawych dla mnie informacji. Jedna z nich to taka, że już niedługo ma powstać film o wspaniałym psie Eto. Inna to gdzie warto na szlaku przenocować. Dzięki niemu wiedziałem, że baza studencka Raba to punkt konieczny na mojej wyprawie. Druga chwila, która była wspaniałym doświadczeniem to kilka kilometrów po wygolonym szczycie Wahalowskiego Wierchu. Widoki zalesionych, pobliskich gór a nad głową mnóstwo, chyba bylo ich tam ok pięć, sokołów i myszołowów polujących w gęstej trawie. Do schroniska PTTK dotarłem o przyzwoitej porze i mogłem sobie pozwolić na ponadprogramowy dzień odpoczynku.

Dzień XXVI: Przerwa
Dzięki temu, że dałem rade przejść wczoraj kilka kilometrów więcej niż planowo zakładałem, mogłem sie tego dnia zrelaksować. Na pograniczu Beskidu Niskiego i Bieszczad w niewielkiej miejscowości. Całodzienne lenistwo, zakupy i zwiedzanie uroczej wsi. Wieczorem o 18 byłem na mszy świętej w jednym z trzech mieszczących sie tutaj kościołów. Wybrałem ten w którym Karol Wojtyła 9 sierpnia 1953 roku odprawił msze. Szczególnym dla mnie było to że kiedyś szlakiem którym podążam ja, szła osoba tak niezwykła jak papież Jan Paweł II.

Dzień XXVII: Zupa z ogniska
Bardziej wypoczęty i chętny do wędrówek ruszyłem z Komańczy na szlak. Po drodze spotkałem strasznie sympatycznego pana Zbyszka. Doszliśmy razem na sam szczyt Chryszczatej. Po drodze nie było chwili by jeden z nas o czymś nie mówił, o czymś nie opowiadał. Dowiedziałem sie dlaczego niedaleko Chyrowa pewną dolinę nazwano Doliną Śmierci. Okazuje się ze w czasie gdy na Czechosłowacji było powstanie, Niemcy obwarowali północne rejony aby nie mogło nadejść wsparcie dla powstanie. Okopali sie na stokach gór a w owej Dolinie Śmierci zginęło wówczas ok 100 tys. żołnierz spieszących powstaniu na pomoc. Ok 15 byłem już na studenckiej bazie namiotowej Rabe. Tutaj zostałem poczęstowany pyszną zupą z wielkiego gara z ogniska. Pełno w niej było makaronu, kiełbasy i innych przysmaków. Później rozmowy i śpiewy przy ognisku. Niebo tej nocy zawało mi sie najpiękniejsze.

Dzień XXVIII: leniwy marsz
Z bazy wyszedłem razem z bazowymi Adą i jej chłopakiem. Rozmowa towarzyszyła nam do momentu gdy oni odbili w swoją stronę a ja z Brego poszliśmy dalej czerwonym szlakiem w kierunku naszego kolejnego przystanku – bacówki pod Honem. Leniwie mi się szło. Droga dłużyła się niemiłosiernie a myślami odbiegałem gdzieś daleko.

Dzień XXIX: Zbliżający się koniec
Moja wyprawa powoli dobiega końca. Planowo swoją wędrówkę miałem zakończyć w Smereku jednak plany się pozmieniały. Stęsknieni rodzice odwiedzą Bieszczady w ten weekend wiec przy okazji zabiorą mnie do domu. Powrót mamy już zapewniony ale najpierw musimy dojść jeszcze do Pszczelin. Musimy ominąć Bieszczadzki PN, do którego z psem wejść nie mogę. Mamy trzy dni i ok 80 km do przejścia. Czeka nas więc jeszcze parę kilometrów górskich szlaków.

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Beskidy z psem 2015: Czarny bór

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s