Wspólny cel


Początek wspaniałej przygody jest chyba najbardziej interesującym doświadczeniem. Zawsze gdy ktoś lub coś nas zainteresuje, szukamy źródła.

Artykuł szczery. Przypominający mi moje początki z górską przygodą.

Dziękuję Beacie – Szukającej Wiatru za streszczenie w kilku akapitach pierwszej wyprawy pod namiot w góry.

  • Daj mi tę wodę.

  • Nie, ja wracam.

  • No daj tę wodę, będzie Ci lżej!

  • Nie, ja nie chcę. Nie dam rady. To nie na moje siły. Wracam…

Dialog, który odmienił życie. Dwie dziewczyny. Beata i Klaudia. Dwa duże, ciężkie plecaki. Dwa odmienne charaktery, ale jeden wspólny cel. Poczuć magię gór!

Godzina 21:30, Warszawa Centralna, stoimy na peronie, czekamy na pociąg do Nowego Sącza. Trochę poddenerwowane, trochę podekscytowane. Czeka nas całonocna podróż. Myśli krążą wokół tego czy uda się zasnąć, jak będą wyglądały następny godziny, następne dni. Jedziemy!

Lądujemy na PKS-ie w Nowym Sączu o 6 rano,  licząc na to, że w Boże Ciało coś kursuje. Czekamy zniecierpliwione. Jest! Jedziemy. Kierunek Krościenko. Dojeżdżamy. Szybkie śniadanie, Msza Święta i w drogę. Bierzemy mapę do ręki i wychodzi na to, że przed nami do zdobycia Dzwonkówka.

I tu się wszystko zaczęło. Pierwsze strome podejście, dosyć długie i ciężar plecaka zrobił swoje. Klaudia zrezygnowana chce wracać do Warszawy. Nie wiem co robić. Próbuję podebrać jej trochę ekwipunku, ale ona nie  chce się zgodzić. Staram się ją motywować, nie denerwować. Wszystko na nic. Zabieram jej wodę i konserwy. Mówię, żeby dała sobie ostatnią szansę. Idziemy. Co chwilę robimy krótkie postoje. Czasem dłuższe, na łyk herbaty czy przekąszenie kanapki z konserwą i uciekającym w przepaść pasztetem. Wędrujemy kilka godzin. I chociaż myśli krążą w głównej mierze wokół tego, czy Klaudia będzie szła, nie możemy przeoczyć widoków. Jest pięknie. Chwila oddechu. Opalamy się na polanie. Mój wzrok nie może się nacieszyć. Oczy coraz bardziej wilgotne. Tak, to jest to! To jest to czego nam było trzeba. Po drodze spotykamy kilku wędrowców. „Cześć – cześć” i tak zaczyna się rozmowa. Co prawda kilkuminutowa, ale jakże budująca.

Pytamy  ‘Czy jeszcze daleko?’ Wymieniamy zdania, opinie. Słuchamy doświadczeń. Zapamiętujemy. Uśmiechamy się, życzymy powodzenia i ruszamy w dalszą drogę. Rozbijamy namiot przy schronisku na Przehybie. Zmęczone, ale szczęśliwe, że udało się dotrzeć do mety zjadamy kolację składającą się z zupki chińskiej i herbaty. Wykonujemy telefon do rodziców. Cieszą się, że żyjemy.  Potem szybka kąpiel chusteczkami nawilżanymi i jesteśmy gotowe do spania. Noc jest zimna. Dodatkowa bluza okazuje się bardzo przydatna. Zasypiamy.

Godzina 5:30, dzwoni budzik. Powoli wstajemy. Gotuję wodę na herbatę, robię kanapki. Zjadamy śniadanie razem z górskim krajobrazem. Widoki naprawdę zapierają dech w piersiach. Pakujemy się,  coby w międzyczasie poczekać aż opadnie mgła. Chcemy uwiecznić widoki i chwile kilkoma zdjęciami. Szybkie podładowanie telefonu, kilka fotek i ruszamy w dalszą drogę.

Dzisiejszego dnia idzie się o niebo lepiej. Nogi same nas niosą, a napawane widokami oczy tylko motywują do dalszego wędrowania. Po drodze udało nam się zdobyć Radziejową i Wielkiego Rogacza. Dzień miną nam na wypasie owiec, kłótni z bacą na temat burzy, kąpieli w potoku. Nigdy w życiu nie myłyśmy się w zimniejszej wodzie. A biorąc pod uwagę, że czułyśmy się jak na rozgrzanej patelni, temperatura wody była zbawienna! Koło wieczora doszłyśmy do miejscowości Jaworki. Zakupy w sklepie, woda, pieczywo i najlepsze lody pod słońcem! Odpoczywamy chwilę i ruszamy dalej w celu znalezienia miejsca na nocleg. Polana, obok potok i las. Zapowiada się na deszcz i wylęg żmij. Klaudia nie chce się rozbijać. Panikuje, że zjedzą ją żmije. Zła przez focha Klaudii, rozkładam namiot i robię kolację. Po chwili namysłu, ona wchodzi do namiotu i mówi, że z niego nie wyjdzie. Konsumuję, sprzątam i kładziemy się spać. Nie możemy zasnąć. Każdy szelest przyprawia o zawał. A co jeśli są to niedźwiedzie? Co jeśli jakiś wilk nas napadnie i co gorsza, co jeśli ukąsi mnie jakaś żmija? Klaudia nie przestawała panikować. Godzina 3:00. Zaczęło padać. Coraz bardziej zmęczone tym, że nie możemy zasnąć i zdenerwowane całą sytuacją w końcu koło 4:00 zasypiamy. Budzik dzwoni o 5:30. Raz dwa zjadamy śniadanie i się zwijamy. Trochę złe na siebie nawzajem, po raz kolejny ruszamy w dalszą drogę. Przeprawiamy się przez Wąwóz Homole. Widoki znów każą nam się zatrzymać i nacieszyć nimi wzrok.

Słońce praży, zmęczenie po nieprzespanej nocy jest uciążliwe. Nie mamy siły na wędrówkę. Co kilka minut robimy postoje. Dochodzimy do Schroniska w Durbaszce. W planie mamy dłuższy odpoczynek, ciepły obiad i dojście do Szczawnicy. Zapowiada się na burzę. Szybka decyzja i zostajemy na noc w schronisku. Klaudia jest szczęśliwa, że może wziąć normalny prysznic. Dostajemy miejsce na podłodze na poddaszu schroniska, bierzemy prysznic, jemy kolację i podziwiamy piękno burzy. Wieczorem do naszego apartamentu dołącza grupa studentów z Łodzi. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że również uwielbiają wędrówki górskie. Opowiadają o doświadczeniach, zainteresowaniach, pasjach. Opowiadają skąd zamiłowanie do gór, wędrówek, który raz z kolei już wędrują.

Gotowe do snu, stwierdzamy, że jednak jesteśmy głodne. Szybka zupka i zasypiamy.

Budzik po raz kolejny dzwoni z samego rana, tym razem jednak nieco wcześniej, bo o 4:30.

Pakujemy się po cichu, żeby nie zbudzić współlokatorów. Wychodzimy na zewnątrz. Ławka. Kawa. Chłód poranka, malowniczy widok i my. Wypijamy kawę w ciszy. Chcemy nacieszyć się chwilą. Jest pięknie. Jest wręcz idealnie. Cudownie. Po raz setny łza kręci się w oku. Jesteśmy szczęśliwe. Ruszamy. Po wyspanej nocy idzie się nam naprawdę przyjemnie, chociaż ciężar plecaka zaczyna doskwierać. Po raz pierwszy żałuję, że nie ma z nami jakiegoś mężczyzny. Z ogromną chęcią oddałabym mu swój ekwipunek. Zdobywamy Wysoki Wierch i kierujemy się na Szczawnicę.

Po drodze podziwiamy widok na Trzy Korony i Tary. Mogłabym zostać tu na zawsze, bo jedynym zmartwieniem jest dojście z punktu A do punktu B. Życie jednak jest nieubłagane i docieramy do Szczawnicy. Przystajemy na polanie. Gotuję wodę. Robimy kisiel malinowy, wypijamy i ruszamy do centrum miasteczka. Czekamy na autobus do Nowego Sącza, następnie na pociąg do Warszawy. W przedziale spotykamy kolejnych podróżników. Chwilę rozmawiamy. Zazdroszczę im gitary. Przyrzekam sobie, że na następną wyprawę też ją zabiorę. Już marzy mi się ognisko, gitara i banda przyjaciół śpiewająca piosenki Dżemu.  Idealnie!

Wszystko co dobre niestety się kończy. Koło północy znów jesteśmy w Warszawie. Na odchodne słyszę od Klaudii – zakochałam się! Wróćmy tam, teraz!

W tamtym momencie stałam się najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Wspólny cel

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s